Miałam
napisać: dawno, dawno, temu... daleko, daleko stąd... Ale ani nie
tak dawno, bo jeszcze całkiem dobrze pamiętam. Ani nie tak daleko,
bo po sąsiedzku, w świętokrzyskim. Cały kraj mamy piękny, ale to
województwo, wyjątkowo mocno kojarzy mi się z polskim krajobrazem.
Po prostu najbardziej mi pasuje, w tym kontekście. Stuprocentowo się
zgadza. Lubię tam wracać. A już zwłaszcza późnym latem i
jesienią. W tych zjawiskowych kolorach i przykrótkich dniach. W
czasie, kiedy słońce wstaje zaspane i kładzie się wcześnie,
walcząc z jesienną depresją. Rano wyścielone wstęgami mgły, a
wieczorem wymalowane w długie czarne cienie.
I nawet wtedy, znaczy
na krótkim dniu, jesteśmy wstanie pojechać tam z domu naszego i
wrócić. Taki też był plan, choć dni jeszcze letnie i całkiem
długie. Nie to żebym się zawiodła, ale wyszło jak zwykle, nie
całkiem według planu. Namierzyłam na pogodynce piękny słoneczny
weekend. Ustaliłam cele i przekonałam grupę złożoną z
domowników, że chcą jechać i oglądać - przeważnie ruiny. Już
na dzień dobry nie wszystko się zgadzało. Na początek mgła. Mgły
tego dnia miało nie być, a była. Była jak nie wiem co i to od
samego wyjazdu spod bloku. W tej pierwszej fazie wyprawy,
nieszczególnie się nią przejęłam. Sądziłam, że zgubimy ją po
drodze. Do naszego celu ok. 200 kilometrów, to będzie gdzie. A tu
coraz bliżej i coraz gorzej. Coraz bliżej celu i coraz gorzej
widać. No to już lekka panika szwenda mi się po kieszeniach, bo ja
miałam mieć słoneczne zdjęcia z Ujazdu. Bure już mam. Z
poprzedniej wizyty. Zamek Krzyżtopór przyjechałam oglądać po raz
drugi w słonecznym wydaniu. Poprzednio było buro i też uroczo, ale
buro. Teraz miałam zaplanowaną pogodę. Zamówioną przez
internetową pogodynkę, a tu zamówienie nie zostało zrealizowane.
Albo jeszcze nie doszło. No nic. Nic nie wymyślę. Dojechaliśmy,
to idziemy, bo to szkoda czasu. W majątku Iwaniska. W posiadłości
człowieka obytego i wykształconego. Gorliwego katolika i wroga
reformacji. Nie dziwi więc fakt, że na wieży bramnej, widnieje
ogromny krzyż i ogromny topór. Herb Krzysztofa Ossolińskiego i
wyznawane przez niego poglądy. Nigdy tak naprawdę nie skończony.
Ograbionym w czasie potopu szwedzkiego. Nie mający szczęścia do
kolejnych właścicieli, obiekt robi jednak piorunujące wrażenie.
Dodatkowo, ta mgła zrobiła nam klimat w zgruchotanym zamczysku.
Nawet zaczęłam żałować, że nie ma jej więcej. Mgły, więcej
mgły, więcej tajemnicy, więcej klimatu. Uwielbiam ten zamek. Pełen
zakamarków do spenetrowania, dziur do zajrzenia, pełen swobody w
działaniu. Odkrywaniu niesamowitości, której tutaj jest pod
dostatkiem. Przeżycia własnej bajki, pełnej zagubionych zachwytów.
W tych murach można się zgubić, ale nie można przestać
zachwycać. Ja nie potrafię. Moi ziomkowie też nie. Choćby nie
wiem jak nie chcieli więcej ruin oglądać, to zgodnie twierdzą, że
do Ujazdu mogę ich ciągać ile zechcę. Nie obyło się jednak bez
małego zgrzytu. Naprawdę niewielki nerw przy odjeździe, właściwie
już z jedną nogą w samochodzie. Słońce wylazło. Tak. Dokładnie.
Właśnie teraz. Darek obserwuje moją mowę ciała, więc ja już
nawet nie potrzebuję się odzywać. Moja postawa mówi sama za
siebie.
- Chcesz iść jeszcze raz?
- Nie no, jak jeszcze raz. No co ty...
Kolejny
spacer, inny klimat, drugi zestaw zdjęć... Może to by i było
ciekawe założenie, ale chyba już nie takie smaczne. Poza tym ja
mam przecież jeszcze inne plany na dzisiaj. Słoneczny Krzyżtopór
nadal jest jeszcze przede mną. I mam na co się cieszyć. Jest też
szansa, że znowu mnie zaskoczy.
Baranów
Sandomierski. Tu jest zdecydowanie inaczej i w sumie fajnie. Ale
tylko fajnie. Bo znowu jakieś pajace parkują pod murami zamku, na
murach zamku przyklejają samochody do ścian. Totalnie olewając
dobro wizualne zabytku. Wiem, że się powtarzam, ale tak mnie to
mierzi... A na dziedzińcu stoi biały namiot do ogrodowego party.
Obrzydliwie nie pracujący w kontekście. Kaleczący estetykę tego
miejsca. Trudno nawet wzrokiem omijać tego białego potwora z
tworzywa sztucznego. Masakra. I jeszcze na przewodnika trzeba czekać
prawie godzinę. Idziemy stąd. Na zewnątrz. Tam jest dużo
przyjemniej. Spacer w promieniach słońca po parku. Z zewnątrz i
jeszcze tak z boków na tym zewnątrz, to już całkiem inaczej się
prezentuje. Od tyłu też. I pomału, powolutku wrażenia nam się
zmieniały i zaczęły trochę bardziej uśmiechać. Kolorowo i
widowiskowo. Żeby mnie ktoś źle nie zrozumiał, lubię to miejsce.
Lubię zamek w Baranowie Sandomierskim, ale mogłabym uwielbiać. I
wystarczyłoby do tego tylko kilka prostych zabiegów. Nie będę
dłużej narzekać, bo spacer nam się udał. Słońce wylazło jak
baleja. Niebo - czysty błękit. Zamówienie dotarło. Chociaż z
lekkim opóźnieniem. Dobrze, bo przyda się jeszcze dzisiaj.
Ruiny
magnackiego zamku w Ćmielowie, chociaż pokolorowane tą zjawiskową
pogodą, wdzierającą się do każdego kąta, to jednak niezmiernie
smutne. To jest obiekt z którym ani czas, ani kraj, ani historia nie
obeszli się łagodnie. To co tam teraz stoi, to jest karykatura po
zamku. Mniemam, że wpłynęły na to nowe funkcje, które na
przestrzeni lat, zamek odgrywał w społeczeństwie. Zaczęło się
od częściowej adaptacji na browar. Potem na łaźnię. Niemcy
urządzili w nim szpital wojskowy. Zapadanie się murów w grząskim
terenie i przez wiele lat brak jakiejkolwiek opieki. W 2009 roku
pojawiło się światełko nadziei, prywatny inwestor. Jednak bardzo
szybko zgasło – z niewiadomych powodów, inwestor się wycofał.
Szkoda. Nawet wielka szkoda. Bo jest coś w tym miejscu, co
przekonuje człowieka, tak jakoś od wewnątrz, że tam jest
potencjał. Poważnie. Nawet mój negatywnie nastawiony do sygnałów
otoczenia – Darek, też tego doświadczył. W niedługim czasie po
przyjeździe oświadczył, że on by toto kupił. Kurcze, szkoda, że
nas nie stać, bo tu się wyjątkowo z mężem zgadzam – też bym
kupiła. A fart niesamowity mieliśmy do tego miejsca. Chyba z racji
suchego lata. Woda wsiąkła, wyparowała i odsłoniła przejście na
wyspę. Fakt odrobinkę grząskie, ale co tam. Ta wyspa, na której
stoją resztki wieży, przez większą część roku jest
niedostępna. Dopiero zimą, kiedy woda w jeziorku zamarznie. A nam
się trafiła znacznie wcześniej i w znacznie bardziej sprzyjających
warunkach (czyt. cieplejszych). W zasięgu wzroku, prócz dzieci
naszych własnych – żywego ducha. I tylko te trzciny, i trawy
kołyszące się delikatnie, taktownie nie zakłócając ciszy. I
ciepło. Ciepło, jeszcze letniego słońca na grzbiecie. Zajrzyjcie
sobie tam kiedyś, po drodze. Bo te mury może nie robią jakoś
specjalnie wrażenia, ale to miejsce... To miejsce, to już tak.
Krańcowy
fragment Staropolskiego Zagłębia Przemysłowego. Ambitnego projektu
Stanisława Staszica, uprzemysłowienia rzeki Kamiennej i związane z
tym pierwsze kroki kapitalizmu na ziemiach polskich. W roli głównej
kamień i cegła. Architektoniczny majstersztyk, zawstydzający
dzisiejsze betonowe koszmarki.
A dla moich dziewczyn odjechane miejsce na parkour. Oczywiście,
przez matkę, surowo zabroniony. Dla niewtajemniczonych: parkour, to
taki pomysł pewnego Francuza na wyłudzanie L4, który podłapał
cały świat. On tam co prawda szyje, że to pokonywanie przeszkód
na mieście, ale mało przekonywujące to jego tłumaczenie.
Szczególnie jak się popatrzy na to zjawisko w akcji. Nie wiem czy w
Nietulisku są parkourowcy, ale na pewno są niepokorni twórcy, z
gruntowną znajomością ludzkiej anatomii. Niepokorne dzieła
powstają na murach zabytkowej XIX wiecznej walcowni, chyba szprejem.
I kilka tych dzieł musiałam wymazać ze zdjęć, bo wisiały
niesmacznie obok moich dzieci. No wiecie, taka dyndająca część
człowieka. Nie, nie ręka, a nogi nie dyndają. I nie mająca
swojego odpowiednika po drugiej stronie ciała. Prócz tego, kilka
krótkich, dosadnych określeń rzeczonej części anatomicznej.
Można się wściekać, ale to nic nie zmieni. Prócz naszego
nastroju. Naszego. Bo twórca pewnie z siebie zadowolony i dumny, że
takiego potwora na zabytkowym murze wyrysował. Szkoda, że go nie
znam z imienia i nazwiska, bo osobiście chciałabym mu powiedzieć:
Panie autor, piękny se pan szczeliłeś autoportret. Zostawiam to,
bo to jak samochody pod zamkiem, temat rzeka. I mogłabym w nim
utonąć. Lepiej zachwycać się w świętokrzyskim. Staropolskie
Zagłębie Przemysłowe wydziergało niezwykłe miejsca w krajobrazie
województwa. Ruiny walcowni w Nietulisku Dużym są jednym z nich.
Kiedyś wchodząc w skład kombinatu zakładów hutniczych i
przetwórstwa żelaza, dziś będąc wyjątkową industrialną
pamiątką. Chociaż przypominają bardziej ruiny zaginionego miasta,
niż zabytek techniki. Trzeba się tam mocno pilnować i dzieci
pilnować bardzo mocno, a może nawet mocniej. Bo jest to miejsce
pełne zarośniętych pułapek w postaci przepustów, kanałów i
szybów. Także trzeba być bardzo uważnym i czujnym. Wrażenia
jednak warte są chwili skupienia. Bo to jakby wdepnąć na chwilę
do innego świata. Świata, który rzucał na nas długie cienie,
gasząc powoli ostatnie promienie słońca. Wracamy do domu.





















































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz