Opóźnialiśmy to wyjście wszelkimi możliwymi sposobami: mycie, śniadanie, pakowanie… i skończyły nam się pomysły. I już 10 po 8 byliśmy na plaży. Ma takie wczesne wstawanie również swoje dobre strony. Plaża niemalże pusta. Oczywiście wiadomo, że człowieki napłyną, ale co sobie użyjemy to nasze. Dzisiaj jakby cieplejsze powietrze, ale przez to temperatura odczuwalna wody, mierzona moim dużym palcem u nogi, oscyluje w okolicy zera. Mam nawet wrażenie, że gdzieś tam daleko na horyzoncie unosi się jeszcze kra nieroztopiona. Oj, Kasia to się na pewno dzisiaj moczyć nie będzie. Z wodą kontaktu tyle co mnie dzieci ochlapią. Tosia, ani wczoraj, ani dziś cała się nie zamoczyła. To jest jednak moja krew – południowa. Nie korzysta z akwenów wodnych słabo podgrzewanych. Basia – moje piękne kaczątko – co to kałuże zobaczy i już by się taplała, dzisiaj chodzi do wody z wiadrem po wodę i tylko po kolana. Darek stwierdził, że podziwia tych śmiałków, co to wchodzą w morze po pas, żeby się odsikać. No jest to pewnie dla niektórych, ostatnia szansa wyjścia z twarzą z kłopotliwej sytuacji. Przy wejściu na plażę dwa TOJ TOJE stoją, na jednym kartka z napisem: NIECZYNNE. Aby się wysikać w tym drugim, trzeba by w kolejce stanąć już jak się na tę plażę przychodzi, to akurat po dwóch godzinkach by się do TOJ TOJA dotarło. Chyba, że wcześniej smród by nas odgonił, bo z toalety zaczęłoby się wylewać. I znowu muszę, no po prostu muszę, zadać to pytanie: kto to wymyśla?
A na tej plaży piach, piach i wszędzie piasek.
Gigantyczny. Ktoś mógłby się zapytać: no a czego ty się kobieto na plaży
spodziewałaś – kostki brukowej?!. Zapytać mógłby, ale nie radzę. Moja wiedza na
temat plaży jest dość gruntowna i, że w Polsce plaże zrobione są z piasku, to
to też mi się obiło o uszy. Nie spodziewałam się tylko, że będzie on taki
wredny. Wysmarowałam dziewczynki balsamem, co by mi się nie spiekły, poszły się
bawić i okleiły się całe. Mam wiec teraz dwie babki piaskowe. Jednej to w
niczym nie przeszkadza, ale ta mniejsza wyje. Antosia bowiem, nie lubi być
brudna, a w jej mniemaniu, ta okleina która powstała na skórze, sprawia, że
jest nieczysta. Próbuję, więc usunąć z niej ten piach ręcznikiem, bo do wody
nawet zbliżyć się nie chce. Więc poleruje dziecko i dmucham i z trzącham i
myślę sobie, że przecież za chwilkę będę ją musiała od nowa smarować, bo cały
balsam wytrę, a bez balsamu jej do zabawy w piachu nie puszczę, bo się zjara. A
jak będzie nabalsamowana, to znowu piach się będzie kleić i od nowa Polska
Ludowa. Ot moja paranoja. Boże, czemuś ty mnie pokarał takim zaćmieniem umysłu,
że ja na to morze się zgodziłam, ba nawet cieszyłam się. Trzeba było jeszcze z
pięć lat poczekać, aż Tosia urośnie na tyle żeby się mogła sama z tego piachu
obierać. Darek wypożyczył dzisiaj parasol i zadowolony z tej transakcji leży z
głową w cieniu. Z głową bo na dupę już cienia nie wystarczyło. A tej głowy, nie
zaprząta sobie oczywiście takimi pierdołami jak obieranie dziecka z piachu na
plaży. No to gołym okiem widać, że to głupiego robota, no to obieram bo mnie
robota lubi. Ale nerwom, co je do tej pory trzymałam na wodzy, coraz bardziej
popuszczam cugli. Najpierw w myślach: leż sobie leż, urlop mamy w końcu, MY
mamy, ja ci dam urlop jak już pojedziemy w ten drugi koniec Polski. Będziesz sapał
i dyszał, bo wszędzie będzie pod górkę. A jak nie będzie to ją narysuję! Leż
sobie, a te twoje nogi, co słońce dwa razy w roku oglądają, niech ci się smażą.
Będziesz jutro wył. Ale teraz leż sobie, ja mam ciekawsze zajęcie. A chwilkę
potem, Basi się siku zachciało. Alleluja!
- Darek, idź z Basią do TOJ TOJA,
bo ja Tosię z piachu obieram.
Potem dziewczynki bawiły się … w
piachu. I zaczęły z niego wykopywać różne pamiątki z nad morza. Basia
przyniosła muszelkę – Tosia kapsel od piwa. Basia znalazła kolorowy kamyczek –
Tosia kapsel od innego piwa. Basia przyniosła okrągły kamyczek – Tosia kapsel
od piwa. No to proszę Basie, żeby poszły teraz w inne miejsce. Poszły. Basia
przyniosła zegarek – Tosia siedem petów uzbierała. No nie wiem sama co o tym
myśleć, ale może niech lepiej wrócą w tamto poprzednie miejsce, bo się obawiam,
że Tośka następnym razem majtki w krate przywlecze.
No i oczywiście zamek budujemy. A
jakże. Budulca dużo i zajęcie które lubimy. Antosia jako kierownik budowy w
robocie trochę przeszkadza i wodę doprowadziła pomijając uprzednie zapewnienie
odpływu, ale co tam i tak jest dużo lepiej, niż w poprzednim roku. Na tej
budowie nam się zeszło do południa. A przecież jest umowa. No to zbieramy tyłki
z plaży. Jedziemy na kwaterę, bo ja przecież muszę wszystko z piachu wytrzepać
i rozwiesić. Potem siebie i dzieci z piachu opłukać i przebrać. A potem
jedziemy latarnie morskie oglądać.
Naszym pierwszym celem jest
Osetnik. Tam, jak się wpełznie na taką górkę, a potem zakupi bilet (6zł
normalny, 4zł ulgowy) i jeszcze pokona dużo krętych schodków, to można
podziwiać polskie wybrzeże z latarni morskiej Stilo. Ale uwaga, dzieci do iluś
tam lat (nie pamiętam niestety ilu), nie wpuszczają. Tosia nasza ewidentnie się
nie kwalifikowała. A tata został z ochotą i z Tosią na placu przed latarnią,
obok stoiska ze słodyczami. Ja z Basią idę. Podobają mi się latarnie morskie.
Robią niesamowite wrażenie. Na tarasie widokowym halny hulo jak ta lala, aż się
boję, żeby mi Basi nie porwoł. (Taka mała dygresja a propos tych skarpet z
poprzedniego odcinka.:) A wewnątrz latarni cieplutko i przytulnie. To lubię.
Zejście z tej górki dużo fajniejsze było niż wejście, bo już nie trzeba było
Tosi nieść.
Następnym punktem naszej
dzisiejszej trasy, i zarazem ostatnim, jest Rozewie. Latarnia zamknięta już, za
późno żeśmy tu dotarli. Odbyliśmy więc tylko krótki spacerek wokół obiektu i
wracamy do Karwi na kwaterę. Pozbierać się trochę muszę jeszcze dziś, bo jutro
z samego rana wyjeżdżamy. No co poradzić, nie potrafimy usiedzieć długo w
jednym miejscu.
Rankiem, a właściwie bladym
świtem opuszczamy Karwie, ale nie wybrzeże. Trzeba dokończyć dzieła i postawić
nogę na tym końcu Polski. Słowo się rzekło i jak do końca, to do końca –
jedziemy na Hel. Specjalnie tak wcześnie, bo tam to już bardzo wąsko. I jak
wczasowicze się wyśpią to może być bardzo ciasno. Stania w korku, zwłaszcza
gigantycznym, chcemy uniknąć, bo my dziś szmat drogi mamy do pokonania i kilka
przystanków na tej drodze. Dlatego wcześnie, tak wcześnie, że pan pobierający opłaty
na parkingu strzeżonym spał jeszcze w swoim łóżku, kiedy my na jego parkingu
parkowaliśmy. I nie było jak zapłacić. Darek stwierdził, że nie ma strachu, pan
się znajdzie na pewno jak będziemy wyjeżdżać. Oki no to samochód zostaje, a my
idziemy na promenadę. Spacerek fajny, zwłaszcza, że ścieżka z desek, i piachu
znienawidzonego przeze mnie na ten czas, nie muszę wytrząchać znikąd. To znaczy
nie musiałam, kiedy byliśmy na deskach, ale że w życiu nie jest łatwo i
przyjemnie, dziewczynki postanowiły podreptać na chwilkę na plażę, na ten
piach. No a ja za nimi, bo przecież trzeba je od wody odganiać. Kiedy promenada
z desek się skończyła i zahaczyliśmy trochę o miasto, to już przestało mi się
tak bardzo podobać, albo nawet: nie spodobało mi się to co zobaczyłam. Na
ulicach brudno, pełno śmieci leżących, latających i potłuczonych. Jakieś
wyblakłe namioty z pamiątkami, budynki i płoty pooklejane reklamami paskudnymi.
Porzucona przy drodze stara przyczepa kempingowa, w której ktoś kiedyś hot-dogi
sprzedawał. Rozczarował mnie ten Hel
jako miasto i już nawet na te latarnie (na której otwarcie musieliśmy czekać
prawie pół godziny, tak wcześnie byliśmy) nie chciało mi się wspinać i Darka z
Basią wysłałam.
Opuszczając półwysep helski z
niewiarygodnym spokojem i ogromną satysfakcją, obserwowaliśmy te
nieprawdopodobne ilości samochodów zmierzających w przeciwną stronę. Ja to się
nawet zastanawiałam, czy oni wszyscy się tam zmieszczą na tym cypelku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz